To nie jest panika. To coś cichszego i bardziej lepkiego.
Mój syn wychodzi rano z plecakiem i słuchawkami na uszach. Dziewięć lat, już prawie "duży". Odprowadzam go do szkoły — to nasz rytuał, te kilkanaście minut przed moją kawą i jego dzwonkiem. Normalny poranek. A jednak zanim dochodzi do bramy, mam już w głowie gotowy scenariusz: co jeśli nie uważa na przejściu? Co jeśli ktoś go zaczepi? Co jeśli...?
To nie jest nowa rzecz. Ale w 2026 roku nabrała nowego wymiaru. Bo teraz mam dokładnie wiedzieć, gdzie jest. Mam apkę. Mam lokalizator. Mam powiadomienia. I paradoksalnie — im więcej danych, tym więcej lęku. Zamiast spokoju, mam nowy poziom kontroli, który tylko podbija niepokój.
Ojciec jako figura emocjonalna — nikt mnie tego nie nauczył
W środowisku parentingowym coraz głośniej mówi się o roli taty nie jako "tego od zabawy i dyscypliny", ale jako figury emocjonalnej. Czyli kogoś, kto reguluje nastrój w domu, kto jest obecny nie tylko fizycznie, ale też uczuciowo. Brzmi pięknie na papierze. W praktyce — nikt mnie tego nie uczył.
Mój tata był spokojny i dobry, ale o uczuciach się u nas nie gadało. Ja próbuję inaczej. Wieczorami, gdy odbieramy córkę z przedszkola i siadamy wszyscy przy stole, staram się nie być tylko tym, który pyta "jak w szkole?" i kiwa głową. Staram się być obecny. Ale przyłapuję się na tym, że wciąż trzymam telefon za blisko. Że sprawdzam powiadomienia, gdy ktoś coś do mnie mówi. Że jestem w pokoju, ale nie do końca tam.
Ekrany? Tak. Ale winowajca jest gdzie indziej.
Dużo się teraz mówi o ekranach i dzieciach. Ile godzin, jakie treści, od jakiego wieku. Mój syn gra ze mną w gry — to nasz rytuał na weekendy, odkąd skończyłem ostatni projekt i odzyskałem piątkowe wieczory. Córka ogląda bajki. I wiem, że to nie jest problem sam w sobie.
Problem jest wtedy, gdy ekran zastępuje obecność — nie dziecku, ale mnie. Gdy ja scrolluję, zamiast posiedzieć z nimi na dywanie. Gdy "jeszcze chwilę" ciągnie się przez godzinę. Trend, który obserwuję w 2026 roku i który naprawdę mnie niepokoi, to nie uzależnienie dzieci od ekranów — to nieobecność dorosłych, którzy są fizycznie obok.
- Jestem w kuchni — ale piszę maila.
- Jestem na rowerze — ale myślę o pracy.
- Jestem na kanapie — ale patrzę w telefon, nie w bajkę, którą oglądamy razem.
Dzieci to czują. Moja córka potrafi wejść mi na kolana, wziąć mój telefon i po prostu go odłożyć. Cztery lata i już wie, kiedy mnie nie ma, choć jestem.
Slow parenting po polsku — czyli co to znaczy w realu
Slow parenting to jeden z głośniejszych trendów ostatnich miesięcy. W skrócie: mniej kółek, mniej harmonogramów, mniej optymalizowania dzieciństwa. Więcej nudy, więcej wolnej przestrzeni, więcej zwykłego "nie wiem co robimy, zobaczymy". Brzmi jak luksus. Ale ja próbuję i mówię Wam — da się.
W sobotnie poranki przestałem planować. Wstajemy, robimy naleśniki (to jest nienaruszalny rytuał, nie odpuszczam), a potem — co chcą. Syn często sam siada do Lego. Córka wymyśla jakiś spektakl z pluszakami. Ja siedzę obok z kawą i patrzę. I to jest jeden z lepszych momentów tygodnia. Nic nie organizuję. Nic nie optymalizuję. Po prostu jestem.
- Nie musimy jechać nigdzie daleko, żeby był "dobry weekend".
- Dzieci nie potrzebują atrakcji — potrzebują czasu z tatą, który nie jest zajęty.
- Nuda to nie porażka rodzica. Nuda to przestrzeń, w której dzieci wymyślają coś swojego.
Ten lęk, który mi nie odpuszcza
Wróćmy do początku. Do tego cichego lęku, który mam od lat. Nazywam go antycypacyjnym — bo nie chodzi o to, że coś się dzieje, ale że czuję, że zaraz się wydarzy. I czasem to się spełnia. Nie wiem, co z tym robić. Terapeuta powiedziałby pewnie, że to mechanizm kontroli w świecie, który kontrolować się nie da.
Powiem Wam szczerze: w 2026 roku, gdy informacje o wypadkach, zagrożeniach i "uważaj na to" docierają do mnie z każdej strony — ten lęk ma pożywkę. Algorytmy karmią mnie niepokojem, bo niepokój klika. I muszę się tego świadomie wyplątywać. Codziennie trochę.
Nie mam gotowej recepty. Ale mam coś, co pomaga: zamiast przewidywać co złego się stanie, staram się być tam, gdzie jestem. Na tym przejściu rano. Przy tym stole wieczorem. Na tym dywanie w sobotę. To nie eliminuje lęku. Ale sprawia, że chwila ma większą wagę niż to, co może się nie wydarzyć.
Na koniec jedno pytanie do Ciebie
Czy masz wrażenie, że jesteś fizycznie przy swoich dzieciach, ale zdarza Ci się być gdzieś indziej myślami? I co Ty z tym robisz — bo ja wciąż szukam na to swojego sposobu.